Diagnoza Psychoterapia Rozwój

sobota, 17 września 2016

Znajdzie się dla nas huśtawka


Mój największy życiowy błąd: rzadko zaglądam na plac zabaw. Środa. Obserwowałem dzieci. Nie zdawały sobie sprawy z hałasu, jaki powodowały samochody. Nie rozproszył ich pies i wrzeszczący do telefonu mężczyzna. Upał, dający się wszystkim we znaki, także jakimś cudem nie sprawował nad dziećmi władzy. Zapomniałem o problemach. Uśmiechałem się, jakbym był jednym z nich. Po pewnym czasie codzienne sprawy stały się priorytetem, lecz śmiech tych dzieci towarzyszył mi do wieczora.

Od zawsze słyszymy o darze, jaki dzieci posiadają - niezwykłej umiejętności bycia tu i teraz.
Myślę o krzywdzie, którą my-dorośli często robimy sobie i bliskim. Wiecznie pogrążeni w planach, porównaniach. Skoncentrowani na wydatkach, zobowiązaniach; jakby poza nimi nie istniał jakikolwiek ze światów. Kiedy spoglądam na większość dni, zauważam, jak często moje myśli skierowane są ku przeszłości lub przyszłości.
Każdy zna sytuacje, w której pogrążony w myślach, wykonuje czynność i wieczorem nie jest w stanie powiedzieć, co jadł na śniadanie, obiad; ilu mijał ludzi na ulicy; nawet jaka była pogoda. Gdy piszę felieton towarzyszy mi nastrój, jaki panował na placu zabaw i rozmyślam o przekleństwach dorosłego życia; powadze, którą dodajemy sobie nadmiernie. Pochylam się nad odrzuconym prawem do radości i robienia tego, co lubimy.

Czy apeluję o wieczną beztroskę? Nie. Kiedy patrzę w lustro, widzę napiętą szczękę, pomarszczone czoło. Dlatego wołam do dziecka we mnie, które zapomniało, jak brzmi mój głos: "Chodźmy na plac zabaw! Znajdzie się dla nas huśtawka."






sobota, 10 września 2016

Spacer przez niedoskonałe




Jako nastolatek lubiłem spacery. Razem z sąsiadką zabieraliśmy do plecaka bułki, napój i ruszaliśmy w drogę. Towarzyszyły nam marzenia, które budziły się w rytmie spokojnych kroków. Miały one wspólny mianownik (marzenia, a nie kroki): DOSKONAŁOŚĆ - praca, zarobki, małżeństwa, dzieci....
czyli ciągły happy life i happy end.

Dzisiaj rozmyślałem o latach późniejszych, pasmach udręk, komplikacji, krótkich momentach szczęścia. Wróciłem także do marzeń nastoletnich. Niektóre się spełniły. Kilka jest innych od wymarzonego rezultatu, niektóre czekają na stosowny moment .Niektóre już dawno zostały spełnione.
Dlaczego nie byłem szczęśliwy i w żalu, nostalgii wróciłem do nastoletnich spacerów? Przyjrzałem się sobie, przyjaciołom, rodzinie, znajomym. Większość z nas, jak ci nastolatkowie, wierzy, że szczęście jest wartością totalną. Jest albo nie. Świetnie lub beznadziejnie. Dlaczego tak bardzo chcemy aby życie było doskonałe?

Spotkałem ostatnio wspomnianą sąsiadkę. Mimo posiadania wymarzonej pracy, męża, w którym zakochana była od dzieciństwa i wspaniałej, energicznej córeczki z trudem odczuwała szczęście, argumentując to... swoją nerwowością.

Każdy z nas jako nastolatek wybierał się na takie spacery napędzane marzeniami. Wszyscy pragnęliśmy zdrowia, miłości, bogactwa. Dziś, w czasach naznaczonych pospiechem, warto wrócić myślą do nich i dostrzec, że tak naprawdę nie chodziło o doskonałe życie, lecz jego rytm, w którym jedynie bez ponaglania można na swojej drodze spotkać marzenia, refleksję i wdzięczność. Dlatego ubierzmy odpowiednią odzież, obuwie i jeszcze raz, jeszcze raz wszyscy pójdźmy na spacer.

























poniedziałek, 5 września 2016

Rozwój czy rozbój?


        Księgarnia, popołudnie. Wędruję między półkami jak turysta, który zna teren i może pozwolić sobie na spacer. Czas leniwy. Rutyna. Nagle porządek burzy wspomnienie sprzed dekady. W innej księgarni, w innym mieście, pytam o książki o rozwoju osobistym. Ekspedientka prowadzi do półki, na której stoi kilka książek, a większą część zajmują pozycje z sąsiedniego działu. Mija chwila... Kolejne wspomnienie. Pytam o książki w temacie rozwoju osobistego, a zasmucona pani ze współczuciem odpowiada: - Tam, ale musi Pan być w naprawdę trudnym położeniu, skoro czyta o rozwoju.
        Wracam ciałem i myślą do księgarni. Nadal popołudnie. Poszukiwanie działu o rozwoju nie trwa długo. Na półce wiele pozycji. Od książek o rozwoju duchowym przez zmianę charakteru, zwiększanie pewności siebie, panowanie nad gniewem po wydawnictwa o walce z lenistwem czy nadwrażliwością. Rozwój stał się słowem i zjawiskiem powszechnym, traktowanym na równi ze zmianą. Dziś są one wymagane, a większość z nich jest wręcz pożądana .
       Pracodawcy na rozmowach kwalifikacyjnych pytają o gotowość do rozwoju, aktorka opowiada o zmianie na potrzeby roli, modelka wyznaje, że jej rozwój osobisty zaczął się od tytanicznej pracy i stwierdza, że dzięki temu stała się lepszym człowiekiem. Na każdym kroku reklamodawcy zapewniają, że określony produkt dokona wielkich zmian i uczyni nasze życie lepszym, pełniejszym.
        W rozmowach towarzyskich pytanie "co słychać?" - kiedyś świadczące o zainteresowaniu drugim człowiekiem - obecnie domaga się odpowiedzi wskazującej, co rozmówca zmienił w swoim życiu. Zmianę nazywamy rozwojem, rozwój nazywamy zmianą.
         Na ile w tym wszystkim jesteśmy naturalni, na ile wynika to z zachłanności? Jeśli można zmienić wszystko - a przynajmniej próbować - to czy istnieje miejsce na tożsamość, mozolną naukę akceptacji siebie? Jeśli można wpłynąć na wszystko, to jaką ma to wartość? Nie wiem.
       Gdzie jest złoty środek w rozróżnieniu szkodliwych nawyków od tych, które czynią nas ludźmi a bezrefleksyjnym pędem ku zmianom? Jeśli już zaistnieją, to na ile są naturalne, a na ile wynikiem przemocy wobec siebie? Nie wiem, ale warto zmienić swój stosunek...do zmian.








poniedziałek, 15 lutego 2016

Poczucie kobiecości





Trochę, już zbieram się do napisania notki o kobiecości. Utkwiło we mnie zdanie Aleksandra Sauttre - niemieckiego psychoterapeuty par, który powiedział, "że najbardziej można obrazić mężczyzn zdaniem: nie rozumiesz mnie". Mężczyźni chcą rozumieć kobiety. Spotykam się z tym w swojej pracy z ludźmi. Kiedy dochodzą w swojej dojrzałości do punktu, w którym wygrywa u nich potrzeba więzi, pragną dobrych relacji i dającej obojgu w parze - satysfakcję, komunikacji.

Gdyby zerknąć nieco wstecz, historia niespecjalnie kłania się poczuciu kobiecości. Stawianie na siłę i władzę, męskie generalicje, wojny i wielowiekowe prawo do nauki na uniwersytecie dla mężczyzn nie zostawiało przestrzeni dla znaczenia kobiet w świecie. Na początku XIX wieku w Europie szpitale psychiatryczne wypełnione były głównie powiązanymi, w kaftanach kobietami; te podchodzące z zamożnych domów "leczyły się" na wszelkie możliwe choroby zagranicą, w luksusowych sanatoriach. W czasach kiedy swoją praktykę w Wiedniu otwierał Zygmunt Freud, poruszony do żywego kobiecą dolą, kobiecość utożsamiana była: z wysoce przerysowaną emocjonalnością manifestowaną na zewnątrz, egzaltacją, wkurzającą mężczyzn labilnością, teatralnością, niedorównywaniem kroku intelektowi i męskim emocjom zaprzęgniętym w cugle rezonu. Zastanawiam się czy kobiety mogłyby zwrócić inaczej męską uwagę na ich istnienie, na problemy, na znaczenie przeżyć świata wewnętrznego gdyby nie sięgały nieświadomie-świadomie po narzędzie wyolbrzymienia; maski, pióropusza, wachlarza, pod które zaczęto wraz z rozwojem psychologii wnikliwiej zaglądać.

Męskie oko od dawna zachwyca się kobiecą nagością. Od starożytności właściwie tematyka obrazów karmi się nagim, kobiecym ciałem. Ogromnie uprościłabym sprawę i właśnie uderzyła w silny zarzut wobec mężczyzn, że kobiecość to jedynie ekscytująca nagość czy ekshibicjonistyczny seksapil, a kanony piękna i urody są przecież różne, w zależności od czasów, kultury, kultywowania tradycji. O kobiecej kobiecie, mówimy zauważyłam wtedy, kiedy dobrze się ona czuje ze sobą, emanuje kobiecym urokiem osobistym, gracją, pogodzona i utożsamiona ze swoją płcią czasem kipi radością życia, poczuciem siły płynącej z własnej płci. Nie jest to takie łatwe w świecie, który brutalnie narzuca siłę, męskie wzorce, męski styl myślenia i podchodzenia do zadań. Kobiety, wciąż muszą więcej udowadniać w pracy, a ich zarobki na tych samych stanowiskach są w Polsce o 1/5 niższe, w Rosji nawet 3, 4 razy niższe niż mężczyzn. Mimo to, jako zagrożenie bardziej widać na tapecie społecznej feminizm i gender. Jest to odwracanie uwagi od problemu na skalę masową: płeć kobieca traktowana jest jako mniej warta niż męska. Filmy dokumentalne o Indiach pokazują ogromną skalę aborcji płodów płci żeńskiej, co gorsza niezależnie od sytuacji finansowej (w przypadku dziewczynek wedle tradycji trzeba uskładać na posag) także i bogatych dzielnicach poradnie z wczesnym usg to wyroki śmierci. Wychowanie dziewczynek to często: zwyczajnie gorsze traktowanie, maltretowanie ze względu na płeć, przeznaczenie na prostytucję, dzięki której żyje cała rodzina i kształci się rodzeństwo. Nie lepiej jest w innych krajach. W niektórych krajach afrykańskich rząd potrafi przyznawać pralkę bądź malakser kobietom z biedoty miejskiej za dokonanie aborcji. W Afganistanie ojcowie sprzedają dziewczynki, dużo starszym mężczyznom za owce i kawałek ziemi.

Jak to się dzieje, że płeć, która wydaje na świat potomstwo, płeć, która poszczycić się może dokonaniami Marii Curie Skłodowskiej, płeć - synonim płodności, płeć wielu bogini i matek bogów spotyka się z propagowanym przeświadczeniem gorszości płci żeńskiej? Tzw. płeć piękna to płeć słabsza? Zupełnie trudno jest zobaczyć skalę zjawiska dyskryminacji, ze względu na płeć w kraju, w którym zna się wiele silnych kobiet, rywalizujących z powodzeniem w męskich zawodach, także wykorzystujących mechanizmy władzy do swoich celów. Świat przecież nie jest czarno-biały.

Świat filmu pełen pełen jest od lat różnych typów wiecznej kobiecości: od filigranowej Audrey Hupburn zaczynając, poprzez regularne rysy i kształty Romi Schneider, nieskrępowanie Jane Birkin, zmysłowość Brigitte Bardot, prawie już posągowość Merylin Monroe...wśród Polskich Gwiazd świeci wciąż niezrównanie mocno: Barbara Brylska, Pola Raksa, Kalina Jędrusik, z młodszego pokolenia: Anna Przybylska. Zastanawiam się, jaka siła drzemała w tych Dziewczynach, a potem Kobietach ekranu, że pomimo własnego poczucia nieszczęścia, niespełnienia, ogromnego osamotnienia emanują, wciąż tą kobiecą energią, której koszta stanowiła nierzadko śmierć bliskich lub własna. Kiedy patrzę na fotografię z intrygującymi spojrzeniami, w ładnych strojach z dobraną biżuterią nabieram się, przyznam uczciwie na całościowość, na jakąś niedoścignioną kobiecą siłę uwodzenia i czarowania otoczenia, aurę flirtu z życiem i czerpania garściami, mimo wcale niesłabnącego, a przeciwnie - ciężaru tego życia.

Dużo łatwiej zebrać to, co negatywne, co może osłabiać (przepracowane przestaje) poczucie kobiecości: kompleksy, spadki poczucia własnej wartości przy rozstaniach, żałobie, chorobie i utratach pracy, sztuczne ideały-wzorce, do których kobieta wiedziona własnymi aspiracjami ciągnie, a tylko pogodzenie się ze sobą taką, jaką się jest pozwala cieszyć się swoim ciałem, życiem i byciem kobietą. Jestem za celebrowaniem kobiecości: za wzór stawiam profesora Lwa-Starowicza, który namaścił moment stania się kobietami swoich córek: w atmosferze ogólnej radości i gratulacji Doktor otworzył szampana.
Pogodna akceptacja, wydobywanie własnej urody, odwaga bycia sobą prognozuje na przeżywanie siebie jako matki, babki, prababki. Kobiecość to także ciało, które wydobywa psyche i pozwala doznawać przyjemności, głaskania, przytulania czy rozkoszy erotycznych. Na szczęście czasy, w których należy je umęczać minęły bezpowrotnie. Pokochaj samą siebie! Przestań wierzyć, że musisz zrzucić jeszcze tylko parę kilo, powiększyć piersi albo upodobnić się do jakiejś gwiazdy, aby siebie pokochać.

Pokochaj się za same starania, czas leci i innej siebie teraz i wstecz mieć nie będziesz!

środa, 6 stycznia 2016

Retusz mózgu, czyli w czym jesteśmy dzięki mediom

 
                               

Dziś, chcę poruszyć temat ślepego wchodzenia w mody. O ile cenię sobie spokój wewnętrzny, potrafi się we mnie pojawić duży bunt na to, co dzieje się z ludźmi pod wpływem mediów. Podzielę się tym, co mnie wkurza na maksa, po cichu wierząc, że już osiągnę swój cel, jeśli gdzieś choć jedna osoba się, dzięki temu tekstowi ocknie albo na nowo polubi siebie.
Sprawa pierwsza: wyretuszowany wzorzec kobiety. Widzę, jakie okrutne w samopoczuciu, samoocenie i w obniżeniu poczucia własnej wartości w ogóle plony zbiera promowanie fotoszopowych dziewczyn. Właściwie wszystkie wyglądają już, jak z gier komputerowych, tyle że sprytna manipulacja daje nam złudzenie, że to one (nie my: autentyczne, zmęczone, z asymetrią, niedoskonałe) są naturalne, świeże, piękne "saute". Kobiety goniąc za kreowanym wizerunkiem, często nawet już podprogowo, chodzą od jednej kosmetyczki do drugiej, patrzą w lustro i wciąż nie wyglądają tak, jak na okładkach gazet.
Dziewczyny czują się brzydkie. Mężczyźni sięgają po męskie gazetki, w których pełno homoidów z sexapealem: dziewczyn wykreowanych przez grafików komputerowych, terroryzowanych tą modą i łatwo jej dających się zniewolić - w sieci pełno zdjęć, w których należy mocno zabić poczucie prywatności. Ludzie wpadli w jakiś chomiczy kołowrotek wyglądu zewnętrznego, w samym dbaniu o siebie nie byłoby nic złego gdyby nie to, że człowiek został sprowadzony tylko do mięsa. 


Siedząc z moją przyjaciółką na kawie doszłyśmy do smutnego wniosku: jesteśmy mięsem, które lajkuje i które dąży po trupach do tego, by być lajkowanym. Wpadliśmy w pułapkę chorej mody na bycie popularnym, fajnym i lubianym za upodabnianie się do komputerowych homoidów, robienie głupot i niebezpiecznych dla życia i zdrowia akcji, za to ze sponsorem w tle, ślepe dążenie do posiadania zamku, helikoptera i innych rzeczy materialnych - właściwie głupot z amerykańskich teledysków, nie leżących nawet w pobliżu szczęścia, za to naznaczających do bycia celebrytą.
Każdy ma święte prawo mieć swoje marzenia. Zobaczcie jednak, jak łatwo w te marzenia wskakuje sztanca z mediów! O czym marzysz? Czy w Twojej głowie masz jeszcze taką przestrzeń, która nie zapożycza z tego co dookoła? A może właśnie czujesz się źle, jesteś dla innych dziwakiem, nie wyrażasz swojego zdania i marzeń za często na głos, bo stoją zbyt pod prąd dzisiejszemu światu; masz dość bycia dziwakiem przywoływanym przez znajomych do tzw. twardego stąpania po ziemi?


Sława jest jak kolejny narkotyk. Dziś dać ją może już odpowiednio lajkowany youtube. Mam dziwne poczucie, że młodzi ludzie, wchodzą w życie pełni zachwytu i podziwu dla swoich idoli. Dla mitu i nimbu; gdyby kochali ich autentycznie raczej uciekaliby, że aż się kurzy, słysząc ich przesłania, niż wchodzili do tej samej wody. Czytają ich wszystkich potwornie wybiórczo, biorąc dla siebie tylko dorosłość w stylu "zioło, coś mocniejszego, alkohol". Tak, jakby w zachwycie, zwłaszcza dla tych, co jak bogowie umierają młodo, nie potrafili zobaczyć, że przyćpanie to złudna wolność, że oprócz pięknych sformułowań typu: "pomarańczowa cegła w ciepłym słońcu", z wierszy Morrisona można wziąć dla siebie: "Picie to dobre przebranie. Piję by móc rozmawiać z dupkami, nie wyłączając mnie samego. Zgroza interesów. Problem pieniędzy, winy. Czy zasługuję na to? Spotkanie, pozbyć się menedżerów i agentów".


Na fali informacji o śmierci Lenny'ego Klimistera fora zapełniły się wypowiedziami dziwnie kozakującymi. Dla Jego fanów bycie artystą to morze dozwolonych prochów i alkoholu. Co dzisiejsze dzieciaki mają w głowach? Czy ktoś ogląda filmy o nim, czyta jego biografię widzi w nim, porzuconego przez ojca pastora chłopca, próbującego całe życie przewalczyć poczucie opuszczenia, odrzucenia, niewiedzy na temat tego, co jest normalne, a co nienormalne i wyciąga wnioski dla siebie? Przyznam się, że w święta w ramach eksperymentu prześledziłam kilka programów w drugim cielcu naszych czasów - telewizorni (pierwszy to już raczej na pewno komputer i jego wszystkie wersje). Mój z kolei zapomniany dziś (obok Rene Girarda, Ericha Fromma, Merylin Monroe i wielu innych) idol Janusz Korczak doznałby szoku, jak media potrafią spaczać życie. Reklamy opowiadające o tym, jak świetny i lubiany jesteś dzięki piwu i wódce pojawiają się, co ciekawe jeszcze na długo przed tzw. dozwolonym czasem antenowym.

Co o tym myślisz? Czy to Cię wystarczająco wkurza, by dać siłę do kontestacji tego stanu rzeczy?


sobota, 18 kwietnia 2015

Utulić swoje traumy



Ilekroć dzieje się coś niewłaściwego, złego czy krzywdzącego na świecie nie mogę pozbyć się mocnego przeświadczenia z obserwacji, że traumy idą efektem domina. Pokolenia mające dzieci nieświadomie rozgrywają na nich to, czego same nie otrzymały i wcielają w życie jedynie znane sobie wzorce wychowawcze z własnych domów. Nie każdy i nie wszyscy, ale obawiam się, że nie tak szybko znikną z powierzchni ziemi przekazy traktowania dzieci: z pogardą, obarczaniem poczuciem winy, wzbudzaniem wstydu, okazywaniem rozczarowania i szydzenia z pociech, nie mówiąc o zastraszaniu czy uwodzeniu. 

Dziecko jest małe, a rodzic ma władzę i ta przewaga powoduje, na wejściu, nierównowagę szans. 

Alice Miller, psychoterapeutka przyglądająca się traumom dzieciństwa w "Murach milczenia" napisała: "Rodzice, którzy biją często widzą w niemowlętach własnych rodziców". Jest coś takiego, że potrzeba zależności w świecie dorosłych nie ma racji bytu. Dzieci się wychowuje, dzieci mają być szybko niezależne, zaradne, samostanowiące o sobie, choć ogromna większość rodziców najchętniej dożywotnio trzymałaby rękę na wychowawczym pulsie. Tymczasem dopuszczona do głosu i zaspokojona potrzeba zależności w naturalny sposób przeradza się w potrzebę autonomii, eksplorowania świata i radzenia sobie w nim. Dziecko kochane i akceptowane i któremu stawiane są mądre granice, nie boi się dorosłości. Chce rosnąć, próbować się w nowych rolach, dojrzewać, buntować się, by potem wracać bliżej, stabilniej i lepiej rozumieć świat dorosłych.
Czymś bardzo ważnym, w świecie myślę, jest mieć poszanowanie dla wczesnodziecięcego cierpienia. Wywoływane bardzo wcześnie: lęki, smutek, obawy i strach rosną wraz z nami. Często tu piszę o tym, że warto mieć dobry kontakt ze swoim dzieckiem we wnętrzu. Dorosły z pewnym przepracowaniem, zrozumieniem i oswojeniem w sobie trudnych odczuć lepiej jest sobie w stanie radzić w życiu. Ponowne odczucie i przyjrzenie się jak bezsilne jest dziecko w obliczu stawianych mu wymagań (panowania nad instynktami, tłumienia uczuć, tolerancji na wybuchy dorosłych) wzbogaca o tę cenną perspektywę na samego siebie i czujność w podejściu do dzieci w ogóle.

Kiedy człowiek jest mały miłość do rodziców jest bezwarunkowa, zależna i wszystko wybaczająca. Potem różnie z nią jest. Bicie czyli bardzo wczesne przyuczanie człowieka do posłuszeństwa i tłumienia prawdziwych uczuć odbiera dziecku szansę na niezakłócony rozwój układu nerwowego.Układ emocjonalny, a konkretnie tak, ważna struktura w mózgu jak hipokamp jest znacznie mniejszy u osób, które doznały przemocy fizycznej. To pociąga za sobą emocjonalne radzenie sobie w życiu.

Ciężko przytulić samego siebie. Przytulenie to, coś co w rzeczywistości możemy otrzymać od drugiej osoby. Pewnie, że dobrze jest je uwewnętrznić i być sobie oparciem, ale prawda jest przecież i taka, że potrzebujemy ludzi. Dobre więzi wzmacniają, zwłaszcza kiedy w życiu czujemy się słabsi.
Rany są różne i każda pewnie wymaga respektowania, zrozumienia i nazwania - uprawomocnienia tego, co się odczuło. Ważne by szukać dla siebie ukojenia krzywd; umieć współczuć; dawać sobie prawo do odsłonięcia i słabości dążąc do bycia silnym i aktywnym.

W dzisiejszym świecie panuje jakiś nieznośny, nie do udźwignięcia wręcz etos aktywnego, atrakcyjnego i wygrywającego wszelką rywalizację człowieka. Co taki nadczłowiek ma  w sobie w rezultacie kulturowych treningów? Jest nieszczęśliwy, poharatany, zachwiany w wartościach. Aby dojść tu gdzie zamierzył sobie by dojść, pozbawił się poszanowania dla swoich słabszych kawałków. Dla wrażliwości pomysł też sprowadza się mam wrażenie do jednego: stępić i wytępić. 
A Ty? Masz jeszcze kontakt w sobie z kimś, kto był radośnie dziki, wolny i  tryskał energią machając nogami?

wtorek, 17 marca 2015

Masz prawo być taki, jaki jesteś!



"Ilu palaczy nadal by paliło, gdyby za każdym razem, gdy się zaciągają wkładali sobie do ust płoniący koniec papierosa?" - powiedział kiedyś Albert Ellis, twórca REBT - racjonalno-emotywnej terapii behawioralnej. Wniósł on niemały wkład do myślenia w terapii, która w głównym pakiecie filozofii życia odrzuca wszelkie "powinienem" i "muszę".

Człowiek wybiera to,co w sobie konstruuje i rekonstruuje - przygnębia się, strofuje, napina wbrew rzeczywistości i jednocześnie utrwala w sobie głęboko pesymistyczne przekonania. Gdyby przyjrzeć się ludzkiemu patrzeniu w stylu "Ponieważ już tyle razy mi się nie powiodło w tej ważnej sprawie, jestem do niczego, chyba już zawsze będę przegrywał i nigdy nie będę szczęśliwy" można zobaczyć ukryty pogląd "Nie wolno mi nigdy zawieść w ważnej sprawie, w przeciwnym razie jestem kompletnie do niczego, zawsze będę przegrywać i nigdy nie będę szczęśliwy". Kiedy stawiasz siebie pod ścianą takich nacisków, zupełnie nie dopuszczając do głosu zewnętrznych okoliczności czy sytuacji, że czasem coś idzie nie pomyśli, nie zawsze tak jak sobie to widzieliśmy i zaplanowaliśmy, zmniejszasz własne poczucie bezpieczeństwa, czujesz się zagrożony i wpadasz w skłonności do snucia negatywnych myśli i działań.

Ludzie są więc więźniami świadomych i nieświadomych przymusów, żądań i wymagań, krótkoterminowa terapia Ellisa miała być poprzez cierpliwe i usilne dyskutowanie antidotum. W jaki sposób? Przez pokazywanie, że z rozsądnego punktu widzenia "nie udało mi się', "jestem nieudacznikiem" czy "w ogóle jestem złym człowiekiem" to niepotrzebny autosabotaż. Nic tak nie wyczerpuje energii do działania jak wewnętrzne wymogi. Sprawiają, że ludzie w niezdrowy sposób, samoniszczący wpadają w panikę, depresję, wściekłość, nienawiść do samych siebie. Ich uczucia wobec przeciwności łatwo stają się głównie negatywne. Uczucia jak pokazywał Ellis, jakich doznają wobec trudności, są związane z rozsądną preferencją, by przeciwności nigdy nie wystąpiły i z niemądrym żądaniem, aby trudności i przeciwności przestały istnieć.

REBT uwalnia od ogromnego napięcia i wyczulenia na własne zło, które zasmuca i całkiem przekreśla odbierając żywotność i radość chwil. Głosi fajną mądrość: LUDZIE MAJĄ PRAWO BŁĄDZIĆ. Wszyscy są tylko ludźmi wobec czego są skłonni do upadku. Robią , czynią coś złego. Ich złe czyny nie przekreślają ich jednak całkiem jako ludzi. Nie nakłania to, myślę, do nihilizmu, działania na szkodę komuś i luźnego wybaczania sobie za to czy swobodnego podejścia do tego, co dobre i złe a umożliwia lepsze wniknięcie w swoje położenie. REBT uczy, że ludzie powinni traktować życie poważnie, ale nie nazbyt serio i że ważne jest nagradzanie siebie.

Może kiedy to czytasz, jesteś zmęczony "JA MUSZĘ, NIE WOLNO MI". Muszę radzić sobie dobrze, Muszę zyskiwać aprobatę ważnych osób, muszę mieć dobre relacje w pracy, muszę świetnie zarządzać emocjami, nie wolno mi wchodzić w konflikty, bo nic dobrego to dla mnie nie niesie,
nie wolno mi mieć w sobie złości i niechęci, bo to brzydkie emocje itp itd. Dobre radzenie sobie i przyzwoite funkcjonowanie jest faktycznie ważne, ale nie może odbywać się kosztem wstrętu do własnej osoby, fobii czy depresji. Nie da się nie popełniać błędów i nie da się nagiąć rzeczywistości, która bywa brutalna niezależnie od naszych starań.
Nie od dziś wiadomo, że lepiej funkcjonuje się w tym świecie, tym którzy potrafią powściągać swoje emocje. Michenbaum, ważny dla Ellisa daje cenny zbiór podpowiedzi w trudnościach:

-Przeanalizuj ważne sytuacje wymagające rozwiązania
-Nie zabieraj się do rozwiązywania zbyt wielu rzeczy zbyt szybko
-Rozważaj rozwiązania najlepsze, ale również alternatywne
-Wypróbuj kilka sposobów na problem
-Spodziewaj się niepowodzeń, nie upieraj się, że ich nie będzie
-Nagradzaj się za starania, nawet jeśli plany się nie powiodą

Jak każda terapia i ta jest walką o nastawienie pacjenta. Na co może liczyć pacjent? Na pewno na pokazywanie mu, że ma zdolności i dobre cechy a także, że zachowania niewłaściwe dotyczą tylko części, a nie całości ich działania. Terapia jest miejscem, gdzie człowiek może się poczuć akceptowany w pełni łącznie z niewłaściwymi myślami, uczuciami i czynami i dać sobie zaszczepić myślenie o jeszcze lepszym radzeniu sobie teraz i w przyszłości. REBT zachęca do zmian w rodzinie i w środowisku pracy, sprzyjających ograniczeniu rywalizacji i odrzucenia przez innych.

poniedziałek, 2 marca 2015

Standard - przyjaciel czy wróg?

                                            http://s169923.gridserver.com/images/runandgun.jpg



Wymogi, wyśrubowane standardy, zadania, ustawione poprzeczki, wygórowane oczekiwania, wywindowane w kosmos wymagania... i w tym wszystkim: Ty i Twoje realne zmęczenie i poziom wykonania na miarę Twoich możliwości.

Rozdźwięk między tym, co jest możliwe i realne a ideałem, jakiego np. oczekuje pracodawca może przyjąć łatwo postać mobbingu. Trudny do udowodnienia w sądzie pracy, bezwzględnie i bezspornie zabiera poczucie szczęścia, satysfakcji z pracy, wyciska siódme poty i wciska w tryb ciągłego zmęczenia i niezadowolenia. Jeszcze w 1953 Edward Bibring w swojej psychodynamicznej koncepcji depresji pokazywał, że stany melancholii są pochodną napięcia między ideałami a rzeczywistością. Ideałem postępowania są u niego aspiracje: bycia wartościowym i kochanym, silnym i lepszym oraz dobrym i kochającym. Przeżywanie siebie jako kogoś, kto tym świętym standardom nie jest w stanie sprostać, może doprowadzić do klinicznej depresji. Przyjrzyjmy się co to właściwie takiego jest ten standard, który nie jednemu odebrał radość życia albo i zdrowie.

Jeszcze chwilę o aspiracjach Bibringa. Standard bycia wartościowym i kochanym jest o tyle wymyśloną konstrukcją, że zależy od opinii, ocen, oczu innych. Chcemy i lubimy myśleć o sobie, że reprezentujemy sobą ważne wartości. To pomaga w relacjach z ludźmi. Staramy się często tak żyć, aby za takich ludzi uchodzić. Chcemy być postrzegani jako ludzie z pewną drabiną wartości i podobnymi ludźmi się otaczać. Kiedy ktoś mówi do mnie "mnie wszyscy lubią" zastanawiam się zawsze co to znaczy wszyscy (kim są ci wszyscy) i czy to na pewno o to chodzi żeby wszyscy nas lubili. Czy na pewno poczucie, że dla jakiejś ogromnej, nieokreślonej liczby osób jestem ważny jest lepsze niż bycie ważnym dla znacznie mniejszej, ale za to sprawdzonej grupki przyjaciół? W świecie dorosłych jakoś tak już jest, że jednym jest do siebie bliżej, innym dalej. Czasem osoba bardzo lubiana, tylko dlatego właśnie może mieć wrogów. Wystarczy, że ktoś ma problem z własną atrakcyjnością w grupie i czuje się zbyt zazdrosny, by kolegować się z kimś szczerze.
Pewnie, że lepiej być kochanym niż nie być, ale czy rzeczywiście przez wszystkich. Może radość i wdzięczność budzi już bycie kochanym przez jedną najbliższą osobę albo nadzieja i szczere dążenie do bycia pokochanym przez Kogoś - właśnie przez duże k w przyszłości?

Świat, w którym żyjemy obfituje w trudności i sprzeczności. Kiedy to czytasz być może sam czujesz się przemęczony rywalizacją w pracy? O wszystko dziś się walczy, zabiega, konkuruje. Z drugiej strony grupy nie lubią konfliktów: albo nie potrafią konstruktywnie im wychodzić naprzeciw, negocjować, obrażają zamiast popierać, kontrować, perswadować innym swoje zdania z taktem albo też duszą w zarodku konflikty, które mogłyby zepsuć klimat. Masz być silny i lepszy - brzmi jak tekst z jakiegoś słabszego nlp. Jeszcze tylko przez wielokrotne powtarzanie wdrukuje się w głowę i proszę bardzo można podbić świat. Jak silny masz być. Lepszy? Od kogo? Jeszcze lepszy niż jesteś czy lepszy, bo w niedomówieniu słabizna z Ciebie?
A co gdybyś był taki, jaki jesteś bo to całkiem w porządku? Nie dając się manipulacyjnym zabiegom, budujesz własne poczucie wolności i niezależności. A jeśli czujesz się wystarczająco kochany, wystarczająco wartościowy w swoich wyborach, wystarczająco silny i wystarczająco dobry? Kiedy czujesz, że wszystkiego jest w Tobie tak akurat, dajesz odpór wszystkim manipulacjom i nie łatwo komukolwiek dobrać się do Twojej skóry i kieszeni.

Standard bycia dobrym i kochającym może też lepiej zamienić na zwykłe bycie wystarczająco dobrym i kochającym.  Właściwie czemu by nie? Świat ciągle krzyczy do i na Ciebie, co musisz koniecznie kupić, mieć, zdobyć, chcieć, robić i jaki masz absolutnie nie być. Nie sztuka buntować się przeciwko wszystkim normom, zasadom i konwenansom. Sztuką jest przestrzegać bezpieczeństwa tam, gdzie to konieczne dla życia i zdrowia a pozwalać sobie na kreatywność i szaleństwo, wyznaczać własne standardy według swoich pragnień, potrzeb, uzdolnień.
Słownik języka polskiego objaśnia, że standard to "przeciętna norma, przeciętny typ; model; wyrób odpowiadający określonym wymogom; wzorzec". Niesie to fajną, dobrą odpowiedź, że jest coś między czymś niskim, mało ambitnym a wysokim, zbyt podkręconym w górę - że przeciętność, w czasach w których prawie każdy chce pokazać się jako wyjątkowy i inny od gawiedzi, płytkiej i szarej masy może mieć swoją wartość.

poniedziałek, 16 lutego 2015

Warto podchodzić do życia jak do podróży

Jesteś podróżnikiem. Zaskoczony? Zaskoczona? Doświadczając życia, wchodząc w różne jego sytuacje, odkrywając swoje możliwości, potencjał zdrowia, przeprowadzając siebie przez wąskie kładki nad groźnymi wodospadami niepewności i zagrożenia dla ego - chcąc nie chcąc jesteś w nieustannej podróży. Z jednej sytuacji w drugą, choć czasem oddajesz swój bilet.

Aby wyruszyć do nowego, musisz zdobyć się na pozostawienie za sobą dotychczasowej: znanej i pewnej sytuacji. Każdorazowe poważenie się na pierwszy krok do zmiany to wielka wygrana z obawami, lękami, martwieniem się na zaś.
Być może miałeś/miałaś od życia wsparcie od początku w postaci rodziców, bliskich, rodzeństwa. Ludzi, którzy jako nasze najpotrzebniejsze przez cały czas Lustra odbijali i odbijają, odzwierciedlają mocne strony, dobre cechy, wiarę w powodzenie. Jeśli nie i było Ci pod górkę nic straconego. Życie jest też poszukiwaniem i trafianiem na ludzi, którzy chcą widzieć nas więcej, szczęśliwiej a może dają nawet wilczy bilet do lepszego jutra.

Pozwalaj sobie kierować się i odnajdywać: prawdziwością, prostotą, oddaniem i zaufaniem, czystością, zadziwieniem, chęcią i radością życia, życiową odwagą, kreatywnością. Opiekuj się swoimi trudnymi kawałkami. Nie ponaglaj i nie popychaj siebie! Nie ścigaj się z ludźmi dla samej rywalizacji, dla kopnięcia w łatwo ranione dziecko wewnętrzne. Nie sposób tak, przecież odkryć siebie.

Kiedy się wybierasz gdzieś na dłużej, pakujesz plecak i bierzesz mapę. Chcesz gdzieś dojść, zobaczyć to i tamto, nagrać i sfotografować. W życiu też często obierasz pewne cele, masz miejsca, plany zawodowe, marzenia na wakacje i dążysz do ich realizacji. Bycie w kontakcie z tym, czego się chce dla siebie pomaga przetrwać trudne dystanse, zniechęcenia, poddawanie się. Wytrawny podróżnik przed wyruszeniem czyta, dowiaduje się i zaznajamia z tradycjami, kulturą, życiem codziennymi i historią miejsca, do którego chce się wybrać. O ile łatwiej i swobodniej czujesz się przygotowując i oswajając doświadczenia i cele.

Możesz czuć się chory i pragnąć wyzdrowieć. W całym chaosie, nieznanym, lęku przed chorobą czy śmiercią obierasz azymut na zdrowie. Zapraszasz siebie do przeżywania każdego dnia z ciekawością i wdzięcznością. Przyciągasz ludzi, budzisz energię, cieszysz się życiem jak podróżą. Szukaj siebie w nowych odsłonach. Nieprawda, że istniejesz tylko kiedy pracujesz. To nieprawda, że jesteś tym, co robisz, że masz tylko wady i nie możesz znaleźć poczucia sensu i szczęścia. I nieprawdą jest też że twoja potrzeba drugiego człowieka nie natknie się już nigdy na podobną u kogoś ważnego dla Ciebie.

Tworzysz swój świat. Przyciągasz to, o czym nieustannie myślisz, czemu poświęcasz mnóstwo czasu i energii. Jeśli tak jest, czemu nie myśleć inaczej - dobrze, perspektywicznie, przychylnie. Widzieć w potrzebach i pragnieniach ich przyjazną obecność - ich ciche lub głośne wskazanie, czego się najbardziej potrzebuje i chce pod słońcem. I właśnie poważyć się na to, co pod słońcem najbardziej upragnione. Powiesz, że chcesz ale się boisz, bo porażka, zbyt wiele za Tobą przegranych,. zbyt wiele doświadczeń, które poszły nie po Twojej myśli, upokorzenia, zranienia. Tym, bardziej znaczące i pokonujące przeszłość jest odważenie się. Weź nowy oddech w płuca, spytaj siebie gdzie chcesz być, jakiego siebie zbudować.

Na koniec powiem: fakt będziesz czasem doznawał rozczarowań i frustracji. Mówią Ci one coś bardzo ważnego i wcale nie jakąś czyjąś zasłyszaną "prawdę" o byciu nieudacznikiem. Mówią co i gdzie umiejscawiasz na drabinie wartości.

wtorek, 20 stycznia 2015

Wiara w siebie. Dlaczego tak trudno nam wierzyć w siebie? Czym jest i jak z odwagą sięgać po to metafizyczne placebo?

                                                Lord Ganesh

Niebawem do Polski zawita ze swoim wystąpieniem Nick Vujcic. To świetny mówca cierpiący na rzadką chorobę: fokomelię - urodził się bez kończyn. Kiedy jakiś czas temu czytałam jego książkę "Bez nóg, bez rąk, bez ograniczeń" wydawało mi się, że ona właśnie o tym jest - o niesamowitej, niepatrzącej zbyt długo na dołki i realne przeszkody oraz na przekór bliskim i ich obawom: jednym słowem o wierze w siebie. Ilu z nas nie ma nawet w planach napisania książki, a człowiek bez dłoni i palców, opanowujących klawiaturę, pisze z sukcesem. Jeszcze jako zupełnie młody człowiek, któremu ojciec pomaga zamontować niskie urządzenie prysznicowe, by mógł funkcjonować samodzielnie marzy o zawodzie coacha, ulubieńca tłumów. I wbrew rodzicom, którzy widzieli go w bezpiecznej pracy księgowego, wbrew bratu, który zawoził go na pierwsze wykłady w pustych salach, gromadzi tłumy, podróżuje, dodaje otuchy najciężej chorym i doświadczonym przez biedę i los. Młody potomek emigrantów z Jugosławii w Australii, jak powiedział tak zrobił. Tak, mu się krok po kroku ziściło w życiu. Także w osobistym: przepowiedział sobie zdrową i piękną kobietę. Zdrowe dziecko. Kiedy czyta się takie historie życia jak Nicka rodzi się niejedno pytanie w głowie. Jak to w ogóle możliwe? Jak utrzymać w sobie poczucie niezmąconej wiary w siebie przy niepowodzeniach, dotkliwych zakrętach losu? Jak zamknąć oczy na ściągające energię w dół doświadczenia a otwierać je naprawdę szeroko i koncentrować wysiłki na wierze w najlepszy sen-marzenie dla siebie?

Wiara, że coś lepszego jest mi pisane ratuje w czarnych chwilach. Nadzieja, otucha, poruszenie z byciem dobrej myśli pozwala utrzymywać się w dobrym, stabilnym nastroju. Kiedy tego brakuje umysł i ciało samo zaczyna się upominać, że jest mu źle, że się męczy. Niby to wszystko takie oczywiste i wynikające z siebie, a dosyć mało poświęcamy czasu na celebrowanie bycia w kontakcie z własnym poczuciem wartości.

Co to właściwie znaczy wierzyć w siebie? Jeśli ktoś w nas uwierzył pierwszy, sprawa jest prosta. Ktoś z zewnątrz, ważny dla nas z określonych powodów zasiał poczucie pewności, że jest się w czymś naprawdę dobrym, wzbudził odpowiednią dawkę pozytywnych emocji i sensu życia, którego nie odbiorą chwilowe wywrotki i brak wiatru w żaglach. Od dziecka uwewnętrzniamy obraz siebie, a opinia otoczenia jest ważna, zwłaszcza w kontekście rozwoju wiary w siebie w adolescencji. Łatwiej wierzyć w siebie, znając głaski i pochwały. Na własne uszy. Niestety nasza kultura mocno narzekająca, wymagająca i rywalizująca sprawia, że w rodzinach uważa się na komplementy i dobre słowa, w paradnej obawie, że się dziecko rozpuści i popsuje. Gorzej często rodzina przyjmuje narracje, w których za niedościgłe wzory podawani są inni, komplementy, pochwały i zachwyty zbierają inni, swoich się krytykuje. Na szczęście nie jest ona czymś czego nie można w sobie wyrobić.

Często mówi się, że jesteś tym, co jesz, ale i tym, co myślisz i jak myślisz o sobie. Potęga naszych myśli przewyższa jakąkolwiek tabletkę. Traktowanie siebie jak najbliższego (czy może nam być bliższy ktokolwiek inny? kto jeszcze ma taki dostęp do naszego życia emocjonalnego jak my sami?) człowieka z zasobami należy się nam w stopniu łagodzącym trudy istnienia?